Witam, ostatnio podziękowano mi za współpracę w fajnym bandzie przez moje lenistwo, ale życie toczy się dalej itd, trzeba było znaleźć nowych ludzi no i więcej ćwiczyć. Z braku alternatyw dołączyłem do zespołu starego znajomego i przeszedłem do innego, gorszego świata.
Otóż przywykłem już do ludzi z pewną dojrzałością muzyczną, każda nuta, synkopa, pauza itd. itp. znajdowała oddźwięk w reszcie, często posługiwano się mottem typu 'granie i słuchanie, albo sranie', czyli, innymi słowy - mój instrument nie jest najważniejszy, ciągniemy razem całą muzykę, nieważne jaki to styl, gatunek, tempo itp. Każdy ćwiczył w domu, a na próbach nie chwalił się techniką, tylko akompaniował reszcie.
A w nowym składzie przeżyłem szok, każdy ustawia się jak najgłośniej, bo zawsze wg siebie jest za cicho, nikt nie zna cudzych partii, ani nie ćwiczy w domu, a o wrażliwości muzycznej nie ma tutaj nawet co mówić. Kiedy zacząłem mówić banały typu: zespół powinien być jednym organizmem, a nie sklejką paru, a słuchanie perkusji nie polega tylko na śledzeniu backbeat'ów, żeby nie wypaść z tempa, zostałem wyśmiany wraz z moim instrumentem (bo perkusja ma z tyłu napierdalać sobie, i tak nikt na to nie zwraca uwagi).
Posłużę się przykładem z ostatnich dni: skończyłem nagrywać perkusję do ich utworów, puściłem to im i nie mogli się nadziwić, co tam naprawdę gra perkusja. (na próbach grałem dokładnie to samo, po prostu - nikt tego nie słuchał)
Nie chcę tutaj robić z siebie snoba, ani kogokolwiek dyskryminować, po prostu chciałem poznać opinie bardziej doświadczonych forumowiczów na temat roli poszczególnych instrumentów w zespole, tego, jak mają się łączyć, o porozumieniu muzycznym i ewentualnie prosiłbym o radę, jak uświadomić ludzi, że jeśli człowiek w zespole gra tylko dla siebie, nie wyjdzie z tego nic fajnego. Jak ktoś ma ciekawe przeżycia z ciężkimi przypadkami, zapraszam do podzielenia się.
Każdy ma swój sposób na muzykę. Wykształcenie muzyczne pozwala swobodniej się ludziom porozumiewać i panować nad muzyką koncepcyjnie. Wśród ludzi niewykształconych sposób pracy będzie inny - nie pogadasz z nimi o konkretnych nutkach, nie będą wiedzieli co to crescendo i mezzoforte, nie będą też w sposób świadomy potrafili ogarnąć cudzych partii. Ale to wcale nie oznacza, że muzyka, którą tworzą na poziomie odczuwania i emocji będzie zawsze do bani - wręcz przeciwnie, niektórzy odbiorcy cenią wyrozumowanie i przemyślaną kompozycję, inni cenią swobodę, dynamikę i amok sceniczny.
Skoro do tego zespołu przyszedłeś, to chyba znaczy, że coś tam się jednak klei. Może więc wystarczy popracować trochę nad wspólnym językiem?
Uycha
Dołączył: 14 Lut 2006 Posty: 160 Skąd: Warszawa
Wysłany: Pią 23 Lip, 2010
Wydaje mi się, że minąłeś się trochę z sensem mojej wypowiedzi, nie chodzi mi tutaj o znajomość teorii muzyki (choć oczywiście ta jest przydatna), a właśnie o to, że nawet do tego, żeby intuicyjnie poruszać się w utworach granych przez więcej, niż jedną osobę, najważniejszą rzeczą jest słuchanie. Nie będę wymagał np. od wokalisty, żeby mi rozpisał w nutach moje partie, ale na pewno musi dostosowywać się do reszty. Brak umiejętności dostosowywanie się, osiągania kompromisu, czy wsłuchiwania się w całokształt i traktowaniem swojej części jako częściowy wkład ująłem właśnie jako ten syndrom jedynaka.
I, mimo, że, jak napisałem, doszedłem do nich ze względu na chwilowy brak alternatyw, to rzeczywiście, coś tam się klei, ale np. nie ma mowy o dobrze brzmiącej improwizacji. A poszukiwanie wspólnej metody i języka jest bez sensu, kiedy nikt w bandzie nie rozumie nawet potrzeby znalezienia takiego.
Mimo wszystko to się ściśle wiąże jedno z drugim. W kulturalnym zespole wszyscy myślą pod kątem kompozycji. W "jedynaczym" każdy gra w sposób nieskrępowany, emocjonalny. Wypróbowany przeze mnie sposób to ciągłe nagrywanie wszystkiego na próbie i rzetelne słuchanie tych nagrań z bezlitosnym wytykaniem shitu - w ten sposób np. sam siebie temperuję, bo sam jestem takim jedynakiem.
No i kolejna ważna sprawa, która się z tym wiąże - w zespole powinien być niekwestionowany lider, który ma wizję. Bo jeśli liderem czuje się każdy z osobna i każdy ma wizję niespójną z innymi, to nadziei na porozumienie nie ma.
tutka można bez żadnej wiedzy muzycznej pięknie się porozumieć, np. jeśli nie wiemy co to jest Kreszendo to można powiedzieć "słuchaj a w tym momencie zacznij grać głośniej i szybciej", wystarczą dobre chęci. Jerekp pogadaj poważnie z chłopakami o zmianie w zespole albo daj sobie spokój.
Ps.masz jakieś próbki tej kapeli ?
_________________ Miszcz 1. quizu perkusyjnego w 2010 r.
YelloW_EyE, czegoś chyba nie zrozumiałeś. Moja wypowiedz odnosi się do słów tutkaprof - "[...] w zespole powinien być niekwestionowany lider, który ma wizję. Bo jeśli liderem czuje się każdy z osobna i każdy ma wizję niespójną z innymi, to nadziei na porozumienie nie ma."
To samo usłyszałem kiedyś w jakimś wywiadzie z Waglewskim, i określił to słowem zamordętrzymanie, dodając że u niego w Voo Voo tak to funkcjonuje. Źródła Ci nie podam bo usłyszałem to w jakimś radio z 10 lat temu.
_________________ Prwdzwy twrdzl n ptrzbje smgłsk
Uycha
Dołączył: 14 Lut 2006 Posty: 160 Skąd: Warszawa
Wysłany: Czw 29 Lip, 2010
No akurat a propo zamordętrzymania, jeśli zdarza się tak, że każdy chce za tę mordę trzymać, to idea lidera upada i pozostaje zupełny brak porozumienia między członkami zespołu. Jeśli chodzi o 'poważne rozmowy' to z góry uznaję to za bezcelowe, bo jeśli ktoś nie potrafi się porozumieć przez instrumenty, to co dopiero w słowach.
Nagrywanie i odsłuchiwanie jest b. dobrym sposobem, ale tak samo uważnie powinno analizować się siebie i swoje otoczenie w trakcie gry, niezależnie od tego, czy jest to wirtuozerski, emocjonalny szał, czy kontrolowane granie w żelaznych ramach. W innym wypadku nikt nie słucha formy utworu, metrum, dynamiki itd itp, co w rezultacie, zamiast muzyki, daje wielki bałagan, który nie nadaje się do przekazania szerszej publice.
Nagrywanie i odsłuchiwanie jest b. dobrym sposobem, ale tak samo uważnie powinno analizować się siebie i swoje otoczenie w trakcie gry, niezależnie od tego, czy jest to wirtuozerski, emocjonalny szał, czy kontrolowane granie w żelaznych ramach. W innym wypadku nikt nie słucha formy utworu, metrum, dynamiki itd itp, co w rezultacie, zamiast muzyki, daje wielki bałagan, który nie nadaje się do przekazania szerszej publice.
To jasne, że się powinno, tylko niestety nie każdy to potrafi. Niejednokrotnie wydawało mi się, że gram rzeczy fantastycznie pasujące do całości, a po wysłuchaniu nagrania zęby w ścianę. Między innymi z tego powodu ludzie wynaleźli lustra i sprzęt nagrywający, bo co poniektórym za wiele się wydawało.
tutka można bez żadnej wiedzy muzycznej pięknie się porozumieć, np. jeśli nie wiemy co to jest Kreszendo to można powiedzieć słuchaj a w tym momencie zacznij grać głośniej i szybciej, wystarczą dobre chęci.
Yellow>
No tak bez żadnej wiedzy to ciężko, poza tym crescendo to nie granie głośniej i szybciej tylko stopniowe narastanie dynamiki, a miarowe przyspieszanie to accelerando, tak na marginesie.
Tak jak pisze tutkaprof, grać prosto, równo i tam gdzie potrzeba. Nagrania wszystko obnażają.
Uważam, że jeśli nie ma lidera w zespole, też nie jest źle. Wszystko zależy od tego czy ludzie się nawzajem słuchają (już nie powiem "słyszą") w kapeli, jeśli tak - to nie ma problemu.
Uważam, że jeśli nie ma lidera w zespole, też nie jest źle. Wszystko zależy od tego czy ludzie się nawzajem słuchają (już nie powiem słyszą) w kapeli, jeśli tak - to nie ma problemu.
W takiej sytuacji mamy okręt, którego załoga się nie bije między sobą i mniej więcej dba o sprawność maszyn. Ale ten okręt donikąd nie płynie i nie ma żadnej misji.
Uycha,
smutek, że masz do czynienia z dziećmi.
Nic nie trwa wiecznie, znajdziesz kiedyś dojrzałych muzyków,
czego Tobie i wszystkim oczekującym z całego serca życzę!
Pozdrawiam, N:grin:
I tak nic nie pobije Bogdana, ktory od poczatku do konca proby potrafił grac wieczne pseudojazzowe solo we własnym swiecie pełnym amfetaminy.
Na koncertach tez tak robił.
Stare dobrze czasy w krainie wiecznego sniegu, ktoremu nie mozna bylo miec nic przeciwko.